Wyzwól się chrześcijaninie

Wyzwól się chrześcijaninie

Autor: Powell Graham i Shirley
Tytuł: Wyzwól się chrześcijaninie
Format: wys 20,5 x szer 13,7
Wydawca Polski: Wydawnictwo Jakub, Wrocław
Na licencji: Sovereign World
ISBN: 978-83-921228-0-7
Ilość stron: 259
Waga: 271 g
Cena detaliczna: 25 PLN

Książka ‚Wyzwól się chrześcijaninie’ napisana została na podstawie osobistego doświadczenia i mówi w jaki sposób chrześcijanin może być uwolniony od demonicznej opresji poprzez modlitwę i zastosowanie prawd biblijnych. Jest używana na całym świecie jako zrównoważone i praktyczne nauczanie dla Ciała Chrystusa, które pomogło już wielu ludziom uwolnić się w sferach, gdzie wydawało się, że zwycięstwo jest niemożliwe.

O autorach

Graham i Shirley Powell pochodzą z Nowej Zelandii. Obecnie mieszkają na wyspie Vancouver w Kanadzie. Razem służą Panu od prawie 45 lat. Graham wiele podróżuje prowadząc seminaria i usługując modlitwą o uwolnienie.

———————————————————————————-

Rozdział 1

Kryzys i poszukiwanie (fragmenty)

Od kilku lat byłem ewangelistą w międzywyznaniowej organizacji, ale wciąż miałem problemy, które wydawały się nie mieć rozwiązania. Byliśmy razem z moją żoną w kryzysowej sytuacji. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że okoliczności towarzyszące kryzysowi zrewolucjonizują nasze życie. W swojej niedojrzałości, sfrustrowany wręczyłem rezygnację dyrektorowi krajowemu.

Jak Pan Bóg prowadził cię do podjęcia takiej decyzji?” — zapytał dyrektor, gdy usiadłem w jego biurze. Rozmawialiśmy przez kilka godzin i w końcu stwierdziłem, że Bóg nie prowadził nas do takiej decyzji.

Mój dyrektor, zmieniając temat rozmowy, zapytał: „Graham, czy masz jakieś problemy osobiste, o których chciałbyś mi opowiedzieć?”. Jakieś problemy osobiste! Miałem wrażenie, że moje życie jest ich pełne. Na zewnątrz byłem gorliwym Bożym sługą, lecz wewnątrz toczyłem walkę — pełen byłem ogromnych, niezaspokojonych potrzeb. W wielu dziedzinach mojego życia brakowało wolności i zwycięstwa, mimo iż szukałem rozwiązania od lat. Każdego dnia godzinami modliłem się i wołałem do Boga o pomoc, ale nie doświadczałem zmian.

Problemy? Owszem! Ale czy mój dyrektor mógł mi pomóc? Przez lata szukałem rady u wielu znanych sług w Ciele Chrystusa, lecz po tym, jak otwierałem przed nimi swoje serce, odpowiedź zawsze była jednakowa: „Przykro mi, nie mogę ci pomóc”. Czy tym razem mogłem spodziewać się pomocy? Czy miałem ponownie poniżyć się, wyznając moje najgłębsze problemy, i nie znaleźć ulgi? W tej sytuacji nie miałem wielkiego wyboru. Opowiedziałem więc wszystko jeszcze raz.

Dyrektor wysłuchał mnie, a potem zaoferował modlitwę, stwierdzając, że odczuwa, iż źródłem moich konfliktów są złe duchy i że potrzebuję uwolnienia. Nie chcąc przeżyć kolejnego rozczarowania, ociągałem się z przyjęciem jego propozycji. Wyszedłem jednak obiecując, że to przemyślę. Gdy zdecydowałem się na przyjęcie jego pomocy, zebraliśmy się razem z naszymi żonami i zaczęliśmy szukać Pana. I wtedy to się stało! Coś we mnie ujawniło się z wielką siłą. Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie zdarzyło. Zostałem pochwycony przez jakąś siłę wewnątrz mnie i zacząłem się trząść. Moją natychmiastową reakcją był strach. Coś zaczęło krzyczeć przez moje usta, gdy przyjaciele wydali rozkaz uwolnienia w imieniu Jezusa.

Strach – tak, ale także nadzieja. W tym samym czasie, gdy odczuwałem strach, myślałem sobie: „Gdy ta moc zostanie przezwyciężona, będę inny! Będę zmieniony! Coś innego, nie ja sam, powodowało, że byłem taki, jaki byłem”. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że źródłem moich problemów były złe duchy. Nie miałem co do tego wątpliwości. Myśli pełne nadziei wypełniały mój umysł: „Gdy będzie już po wszystkim, będę wolny! Powiem o tym światu! Otworzę oczy Bożym ludziom! Powiem im, że Jezus może być ich Wyzwolicielem! Jutro…”. Cztery godziny później leżałem na ziemi wycieńczony i rozczarowany. Doświadczyłem wielkiego poruszenia, ale nie uwolnienia. Wyznaczyliśmy kolejny termin modlitwy. Znowu skończyło się rozczarowaniem. Potem znowu spotkanie i kolejne. Rezultaty były zawsze takie same.

Mój dyrektor i jego żona nie wiedzieli co robić. Modlili się wcześniej w taki sposób o wiele osób i widzieli wspaniałe rezultaty. Nigdy nie mieli do czynienia z taką sytuacją jak moja. Dlaczego udawało im się pomóc innym, a mnie nie? Zacząłem zastanawiać się nad swoim dotychczasowym życiem. Przypomniało mi się kilka wydarzeń, które mogły dać dostęp złym duchom. Ale co powstrzymywało je przed odejściem? Tego nie wiedzieliśmy ani ja, ani moi przyjaciele.

Dorastałem w Nowej Zelandii w domu, gdzie wierzono w zasady chrześcijańskie. Nasza rodzina uczęszczała do lokalnego kościoła prezbiteriańskiego. W dzieciństwie moje serce było otwarte dla Boga — gdy miałem sześć lat zaprosiłem Jezusa do mojego życia. Jednakże w tym samym czasie doświadczyłem szturmu wroga — kontrataku przeciwko wołaniu mojego serca (w tamtym czasie nie zdawałem sobie z tego sprawy). Bez mojej winy doszło do sytuacji, w której zostałem dosłownie przygnieciony strachem. Poprzez to wydarzenie wróg wzniósł główną warownię w moim życiu. Od tego dnia mój umysł był bez ustanku wypełniony strachem i często paraliżował mnie uścisk lęku. Musiałem nauczyć się z tym żyć.

Gdy byłem nastolatkiem, moje lęki spotęgowały się, lecz pomimo tego wciąż byłem osobą towarzyską, aktywnie uczestniczącą w wielu wydarzeniach szkolnych, wliczając w to grupę chrześcijańską, w której byłem liderem. Przed końcem szkoły średniej zorganizowałem szkolną zabawę. Było to sprzeczne z zasadami innych liderów chrześcijańskich. Nauczyłem się tańczyć w kościele i nie widziałem w tym nic złego. Uznałem, że są ograniczeni i przestałem utrzymywać z nimi kontakty. W zamian zacząłem więcej spotykać się z ludźmi ze świata. Patrząc wstecz, widzę, że ta decyzja doprowadziła do dalszego zwiedzenia i jeszcze bardziej otworzyła drzwi wpływom demonicznym.

Po ukończeniu szkoły średniej wstąpiłem do marynarki handlowej. Zawsze chciałem wypłynąć w morze. Na nieszczęście znalazłem się przez to w towarzystwie ludzi, którzy nie mieli żadnego szacunku dla Boga czy chrześcijańskich zasad. Przez kilka miesięcy trzymałem się jakoś ścieżki chrześcijaństwa, lecz w końcu uległem naciskom otoczenia. Odwróciłem się od Pana i zacząłem nawet przeklinać imię Jezusa. Moje lęki ciągle wzrastały, pochłaniała mnie depresja, użalanie się nad sobą i poczucie osamotnienia. Alergia, którą miałem od zawsze, powodowała ciągłe trudności w oddychaniu. Spełnienie, jakie spodziewałem się odnaleźć w życiu na morzu, wymykało mi się.

Po powrocie na ląd zacząłem przygotowywać się do zawodu nauczyciela. Grałem także na saksofonie i przyłączyłem się do zespołu muzycznego. Wyczekiwałem zabaw tanecznych i atrakcji sobotnich nocy. Ekscytacja trwała jakiś czas, ale potem zawsze się kończyła. Pustka wewnątrz nie została zapełniona. Właśnie wtedy zacząłem rozważać powrót do Kościoła.

Przeglądając gazetę, zauważyłem informację o konferencji młodzieżowej, mającej się odbyć w budynku miejscowej opery. Mówcą miał być ewangelista ze Stanów Zjednoczonych, lider grupy muzycznej. Zanim został kaznodzieją, był zawodowym muzykiem. Muzyka przyciągnęła mnie na to spotkanie. Poszedłem tam ze względu na nią.

Pierwszego wieczoru kaznodzieja mówił o powtórnym przyjściu Jezusa Chrystusa i o tym, że będzie sądził ludzkość. Nigdy wcześniej tego nie słyszałem. Kiedy tak słuchałem, zostałem głęboko przeświadczony o grzechu. Jako dziecko otworzyłem swoje serce dla Chrystusa, ale teraz Bóg wydawał się bardzo odległy. Otaczała mnie ciemność. Jeszcze raz usłyszałem, jak Jezus przyszedł na ziemię, żeby ponieść mój grzech; jak powstał z martwych; że powrócił do nieba. Ale po raz pierwszy usłyszałem o jego ostatecznym powrocie na ziemię, aby sądzić.

Bóg przemówił do mnie. Dawał mi kolejną okazję, żeby się zwrócić do niego — być może ostatnią. Wiedziałem, że moja odpowiedź musi być jednoznaczna. Musi to być decyzja typu wszystko albo nic. Wybrałem oddanie wszystkiego Jezusowi, wzniosłem serce do Boga i zapłakałem w głębokiej pokucie; poprosiłem o przebaczenie moich grzechów i uznałem Jezusa Chrystusa Panem.

Kiedy skończyłem się modlić, kaznodzieja jeszcze mówił. Ale coś się zmieniło. Czułem się czysty i wiedziałem, że zostało mi przebaczone. Pewność życia wiecznego wypełniła moje serce — wiedziałem, że zmierzam do nieba, a nie do piekła. Jezus stał się dla mnie realny! Pamiętam, jak po spotkaniu pomyślałem: „Teraz znam Boga. Mam do kogo zwrócić się o pomoc, kogoś, kto pomoże mi wyjść z problemów”.

Został wyznaczony nowy kierunek — odwrócenie się od starych dróg. Teraz Jezus Chrystus był najważniejszy w moim życiu; jego wola liczyła się najbardziej. Biblia ożyła, a towarzystwo chrześcijan sprawiało mi prawdziwą przyjemność. Ciągle byłem świadkiem realności przebaczenia i osobistego poznania Boga. Poczucie samotności znikło, a depresja w dużej części ustąpiła. Jednak lęki pozostały i wciąż miałem kłopoty z oddychaniem. Zacząłem prosić Boga o całkowite uwolnienie.

Mijały tygodnie. Wzrastał we mnie głód Boga. Pewnego dnia przyjaciel, chrześcijanin, powiedział mi o chrzcie w Duchu Świętym. To również było dla mnie nowe, ale chętnie odpowiedziałem na prawdę Bożego Słowa. Następnego wieczoru Jezus ochrzcił mnie swoim Duchem. Zostałem zanurzony w nowym odczuciu jego obecności, jego Słowo nabrało dla mnie nowej realności, zrodziło się nowe pragnienie, by go wielbić, nowa radość, nowa siła do służby. Przez tydzień chodziłem z głową w chmurach, lecz później spadłem na ziemię. Ku memu rozczarowaniu stare problemy nie znikły. Tak, to prawda, że nadszedł nowy wymiar wolności, ale głęboko w środku ciągle szukałem rozwiązania…