Więc nie chcesz już dłużej chodzić do kościoła

Czyli nie chcesz...

Autor: Colsen Jake
Tytuł: Więc nie chcesz już dłużej chodzić do kościoła
Format: wys 20 x szer 13,5
Wydawca Polski: Wydawnictwo Jakub, Wrocław
Na licencji: Windblown Media
ISBN: 978-83-929446-0-7
Ilość stron: 237
Waga: 270 g
Cena detaliczna: 24 PLN

„Wyjątkowa historia, która cię rozśmieszy, doprowadzi do łez i zadziwi miłością, jaką Bóg Ojciec darzy wszystkie swoje dzieci! Zainspiruje cię do przemyślenia tego, na czym tak naprawdę polega Kościół!”
Chris, student, East Tennessee State University

Co byś zrobił, gdybyś spotkał kogoś, o kim pomyślałbyś, że może być jednym z apostołów, uczniów Jezusa, żyjącym w XXI wieku? Właśnie przed takim dylematem stanął Jake, kiedy spotkał człowieka, który mówił o Jezusie w taki sposób, jakby go znał osobiście, i którego sposób życia zakwestionował wszystko to, czego Jake do tej pory doświadczył.

Więc nie chcesz już dłużej chodzić do kościoła – pamiętnik, o dużej sile przekonywania. To zapis niezwykłych dyskusji, jakie Jake przeprowadza z nowopoznanym mężczyzną na przestrzeni czterech lat. Rozmowy te wywracają jego świat do góry nogami. Z pomocą tajemniczego przyjaciela, Jake stawia czoła swoim największym lękom, zmaga się z bezlitosnymi okolicznościami i wychodzi z nich obronną ręką, pełen radości i wolności, o jakich zawsze marzył. Jeśli jesteś zmęczony uczestniczeniem w chrześcijańskich inicjatywach i chciałbyś odkryć, na czym tak naprawdę polega prawdziwe życie w Chrystusie, to historia Jake’a z pewnością napełni cię nadzieją. Ta książka zadaje trudne pytania i proponuje odważne odpowiedzi. Naprawdę może wywrócić twoje życie do góry nogami!

Jake Colsen jest pseudonimem odnoszącym się do wspólnej pracy Wayne’a Jacobsena
oraz Dave’a Colemana. To wieloletni przyjaciele, mieszkający w Kalifornii. Oboje są emerytowanymi pastorami, którzy wciąż pomagają ludziom żyć prawdziwym życiem Jezusa.

Wayne Jacobsen mieszka w Moorpark, jest autorem wielu książek oraz artykułów, które są udostępniane na lifestream.org. Prowadzi również audycję internetową, The God Journey (thegodjourney.com), której przewodnim tematem jest żywa relacja z Bogiem.

Dave Coleman to mieszkaniec Visalii, emerytowany kapelan hospicjum. Nadal jest zaangażowany w nauczanie i udzielanie rad ludziom podążającym drogą, podobną do jego własnej.
___________________________________________________________________________________
Rozdział 2
Spacer po parku (fragmenty)


Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jego słowa miały na mnie ogromny wpływ, bez względu na to, kim był. Wydawał się wiedzieć różne rzeczy o Jezusie, które z pewnością umknęły mojej uwadze.
— Myślę, że i tak chciałbym z tobą porozmawiać.
— Dlaczego?
— To, co wtedy powiedziałeś, głęboko mnie poruszyło. Znasz Jezusa w taki sposób,
o jakim ja mogę tylko pomarzyć. Jestem pastorem w tym mieście. Nasz Kościół nazywa
się City Center Fellowship. Może kiedyś o nim słyszałeś?
— Nie, nie sądzę! — Potrząsnął przecząco głową.
Jego odpowiedź trochę mnie uraziła. Dlaczego miałby nas nie znać?
— Mieszkasz w pobliżu?
— Nie. Właściwie to nigdy wcześniej nie byłem w Kingston.
— Naprawdę? Co cię tu sprowadza?
— Może twoje modlitwy — odpowiedział, śmiejąc się. — Nie jestem pewien.
— Posłuchaj, za kilka minut muszę już iść. Czy możemy się jeszcze kiedyś zobaczyć?
— Naprawdę, nie wiem. Nie mogę się zobowiązać do spotkania, to nie zależy
ode mnie. Jeśli będziemy się mieli znów spotkać, na pewno tak się stanie. Tak jak dziś,
bez planu.
— A może zjedlibyśmy dziś obiad? Moglibyśmy wtedy porozmawiać.
— Nie mogę, przykro mi. Mam już zaplanowany dzień. Czy coś cię gnębi?
Od czego zacząć? Tak wiele pytań krążyło mi po głowie, a już za dwadzieścia minut musiałem udać się do biura, choć i tak wiedziałem, że powinienem wyjść z parku wcześniej, żeby się nie spóźnić.
— Jestem naprawdę sfrustrowany. Zauważyłem, że każdy, z kim ostatnio rozmawiałem przeżywa pustkę. Nawet chrześcijanie, których znam od lat. Wczoraj widziałem się z jednym ze starszych. Zawsze myślałem, że jego wiara jest niewzruszona jak skała. Tymczasem okazało się, że Jim przeżywa głębokie rozczarowanie. Wyznał, że często zastanawia się, czy Bóg jest w ogóle realny i czy to całe chrześcijaństwo nie jest po prostu bańką mydlaną.
— I co mu powiedziałeś?
— Próbowałem go zachęcić. Powiedziałem, że żyjąc przez wiarę nie powinniśmy zwracać uwagi na okoliczności i że zrobił dla Boga wiele cudownych rzeczy i pewnego dnia Bóg mu to wynagrodzi. Musimy być po prostu wierni i nie poddawać się emocjom.
— Powiedziałeś mu, że nie ma prawa do emocji czy do pytań?
— Niczego takiego nie powiedziałem.
— Na pewno? — zapytał łagodnie, nie oskarżając mnie.
Jeszcze raz odtworzyłem w myślach wszystko, co powiedziałem Jimowi.
— Jake, zrozum, że życie w Jezusie jest rzeczywiste. To nie jest gra. Wiesz, co odkryłem? Kiedy ludzie wyczuwają, że coś jest nie tak, rzeczywiście tak jest.
— A ja mu powiedziałem, żeby to zignorował — powiedziałem to bardziej do siebie niż do Jana. Potrząsnąłem głową, uświadamiając to sobie.
— Myślisz, że mu pomogłeś?
— Nie wiem. Bardzo go zachęciłem. Miałem wrażenie, że poczuł się lepiej.
Jan milczał, dając mi czas na przemyślenie.
— Masz rację, wcale mu nie pomogłem. Teraz rozumiem, że jedynie go obwiniałem.
— Jak myślisz, czy następnym razem, kiedy będzie miał podobny problem, zwróci się z tym do ciebie?
Pokręciłem głową, żałując wszystkiego, co wczoraj powiedziałem Jimowi. Będę musiał do niego zadzwonić i jakoś to sprostować.
— A co jeśli chodzi o ciebie, Jake, czy to działa w twoim życiu?
— Ale co?
— Twoja wiara. Czy doświadczasz Boga w takim stopniu, w jakim tego pragniesz?
— Od czasu do czasu jestem rozgoryczony, tak jak dziś. Ale szczerze mówiąc,
nie mogę sobie nawet wyobrazić, czym mógłbym się zajmować, gdybym nie pracował
w Kościele.
Jan nawet nie drgnął.
— To znaczy… brakuje mi pieniędzy i wolnego czasu, który kiedyś miałem, ale to, czym się teraz zajmuję, jest bardziej wartościowe. Nasz Kościół ma duży wpływ na to miasto.
Ciągle milczał. Nie wiedziałem, co jeszcze powiedzieć, ale zanim zdążyłem się zorientować, do oczu napłynęły mi łzy i nie mogłem złapać oddechu. Nagle poczułem się samotny jak palec.
Jan w końcu spojrzał na mnie.
— Nie chodziło mi o to, co robisz, ale o to, czy jesteś wypełniony miłością Jezusa tak, jak tego dnia, kiedy w Niego uwierzyłeś?
Te słowa w okamgnieniu przeszyły głębie mojej duszy i poczułem, że wszystkie wnętrzności topnieją we mnie jak masło na gorącej patelni.
— N-n-nie! — Nie mogłem tego z siebie wykrztusić. Drżał mi głos i z trudem łapałem powietrze. W końcu wydusiłem z siebie gardłowy dźwięk: — To nie działa od lat. Wydaje mi się, że im więcej robię dla Boga, tym bardziej On się ode mnie oddala.
— A może to ty się oddalasz od Niego?
— Jak to???
Kimkolwiek on był, z pewnością patrzył na wszystko z zupełnie innej perspektywy.
— Jake, czy wiesz, dlaczego czujesz w sobie taką pustkę?
— Prawdę mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Byłem bardzo zajęty i wydawało mi się, że Bóg dotyka ludzi, ich życia, przeze mnie. Sądziłem, że właśnie na tym to polega. Nie pozwalam sobie myśleć o tym za dużo. To zbyt zniechęcające. Wprawdzie mam za co dziękować. Jest przy mnie kochająca i wyrozumiała żona. Moje dzieci są wspaniałe, mieszkam w ładnym domu. Staram się służyć Bogu wszystkim, co posiadam, ale tu… jest pusto. — Przyłożyłem rękę do serca, a moje oczy jeszcze bardziej napełniły się łzami.
— Jim cię wystraszył, prawda?
— Co??? — Po raz drugi zbił mnie z tropu.
— Może czujesz się tak samo jak on, ale nie chcesz zwolnić, żeby się do tego przyznać.
— Nigdy bym tak nie pomyślał, ale pamiętam, jak bardzo niewygodne były dla mnie słowa Jima. Zadawał pytania, na które nie chciałem odpowiadać.
— Czy wiesz, Jake, o co w tym wszystkim chodzi? — Jan rozsiadł się na ławce, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na plac zabaw. — Tu chodzi o życie, o prawdziwe Boże życie, które wypełnia twoje. On w nie wkracza tak, abyś już nie wątpił w Jego realną obecność. To jest taki rodzaj relacji, jakiej zasmakował Adam, przebywając z Bogiem
w ogrodzie i słuchając o Jego wspaniałym planie dla ludzkości. Bóg zamierzał objawić swoją realność światu na tak różnorodne sposoby, jakich nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić. To taki rodzaj życia, jakim żył Jezus. Było przepełnione obfitością, zaspokajało każdą Jego potrzebę, od nakarmienia tłumu, za pomocą niewielkiej ilości jedzenia, a skończywszy na uzdrowieniu chorej kobiety, która dotknęła skraju Jego szaty. To życie nie jest filozofią, w której poprzez medytację możesz robić magiczne sztuczki lub jakąś teologiczną abstrakcją, nad którą trzeba debatować. To jest pełnia. Wolność, radość i pokój, bez względu na okoliczności. Nawet, jeśli twój lekarz daje ci zły wynik rezonansu magnetycznego. Bóg pragnie dzielić ten rodzaj życia z tymi, którzy są gotowi zrezygnować z kontroli nad swoim życiem i całkowicie Mu się oddać. To na pewno nie jest to, w co wierzy tak wielu ludzi: ciężka praca, budowanie wielkich służb lub wznoszenie nowych budynków. To polega na życiu, które można zobaczyć, posmakować lub dotknąć. Jest to coś, czym można się cieszyć każdego dnia. Wiem, że moje słowa nie mogą tego wyrazić w adekwatny sposób, ale wierzę, że rozumiesz, o czym mówię. Przeżywałeś takie momenty, prawda?
— Tak, ale zawsze były bardzo ulotne. Pamiętam, jak było na początku, ale teraz wszystko się zmieniło. Co jest ze mną nie tak? Jak mogę, jako dojrzały i gorliwy chrześcijanin, wciąż tego nie przeżywać? Jak to się stało, że straciłem kontakt z tamtym życiem? Przecież tego nie chciałem.
— Byłem świadkiem wielu takich sytuacji — odpowiedział Jan. — To jest epidemia dzisiejszych czasów. Nasze duchowe przeżycia powodują, że nie te sprawy, co trzeba stają się dla nas ważne, a my jesteśmy odciągani od prawdziwego życia z Jezusem. Stało się to także we wczesnym Kościele. Czy pamiętasz, co wydarzyło się w Efezie i co mówił do nich Jezus w Księdze Objawienia? Ich teologia była bez zarzutu. Znali prawdę tak dobrze, że potrafili namierzyć każdy błąd w błyskawicznym tempie jak muchę w talerzu zupy. Nie bali się konfrontacji z usługującymi w celu sprawdzenia czy mówią prawdę, czy tylko fałszują przesłanie, aby stworzyć sobie wizerunek. Wszyscy ustępowali im, jeśli chodzi o wytrwałość w cierpieniach. Długotrwałe przeciwności jeszcze bardziej ich umacniały. Każdy atak znosili w pokorze. Ale czy Jezus był z nich zadowolony?
Nauczałem ostatnio na podstawie tego fragmentu, więc doskonale wiedziałem, o czym mówił.
— Nie. Jezus zbeształ ich za to, że porzucili swoją pierwszą miłość.
— Dokładnie! Niesamowite, prawda? To, jak dużo dobrego zrobili, nie miało znaczenia, bo wszystkie ich uczynki ginęły w próżni, jaka powstała w ich sercach, gdy zabrakło im miłości. Porzucili pełną zachwytu miłość, którą darzyli Jezusa na samym początku. Bez niej ich służba była pozbawiona znaczenia. Służba dla Niego może cię tak bardzo pochłonąć, że stracisz pragnienie poznawania Go. Miłość do Jezusa i Jego miłość
do nich, została zepchnięta na drugi plan, przestała być ich główną motywacją. Wszystko, co robili było nie tylko bezwartościowe, ale stało się wręcz destruktywne.
— To ja! — wykrzyknąłem. — Mówisz o mnie.
— To stara historia. Ciągle powraca jak bumerang. Przydarzyła się już milionom różnych osób. Czy pamiętasz ten dzień, w którym miłość do Jezusa wypełniła twoje serce po raz pierwszy?
Wspomnienia zaczęły powracać.
— Tak. Chodziłem wtedy do gimnazjum. Miałem dwanaście, może trzynaście lat, mimo to przeczuwałem, że coś się wydarzy. Moi rodzice modlili się w innym pokoju z około trzydziestoma osobami, trwało to zwykle kilka godzin, ale w ogóle ich to nie męczyło. Co więcej, bardzo im się podobało. Ta sytuacja powtarzała się każdego piątkowego wieczoru. Nie mogli się wręcz doczekać kolejnego spotkania i wspólnej modlitwy. Czasem śpiewali, innym razem śmiali się, a czasem nawet płakali. Rzadko kończyli przed dwudziestą trzecią. Często trwało to znacznie dłużej.
Jan słuchał uważnie.
— Dla moich rodziców, którzy, podobnie jak my, wychowali się w Kościele, była
to duża zmiana. Byliśmy trzecim pokoleniem baptystów ze strony mojego ojca i prezbiterian ze strony matki. Rodzice byli aktywnymi członkami Kościoła baptystycznego. Uczęszczali tam regularnie i usługiwali na wielu spotkaniach, ale miałem wrażenie, że nie czują się tam dobrze. Zdarzały się nawet takie niedzielne poranki, w których udawało nam się ich namówić do pozostania w domu. Jednak te piątkowe spotkania były czymś zupełnie innym. Nie bylibyśmy w stanie ich od tego odciągnąć, nawet wołami. Z ludzi, którzy zaledwie uczęszczali do kościoła, stali się gorliwymi chrześcijanami. Bóg zaczął przemieniać ich życie. Stare nałogi odchodziły, pragnienie Bożej obecności stawało się silniejsze od ich potrzeb, a oni wykorzystywali każdą chwilę, aby czytać Biblię. Pamiętam, że o wszystko się modlili. Byli radośni, wolni a ich wiara była żywa. W nas, dzieciach, również pojawił się głód tych rzeczy. Modlili się o nas i wtedy po raz pierwszy doświadczyłem Bożego życia i również po raz pierwszy w życiu, usłyszałem Boży głos.
— Co się z tym wszystkim stało?
— Przez kilka kolejnych lat następował wzrost. Rodzice chcieli zaszczepić to w naszym Kościele. Pojawiły się jednak podejrzenia i oskarżenia. Kiedy parę miesięcy później wszystko ucichło, stało się jasne, że nie są mile widziani w Kościele. Wiele osób odeszło od Kościoła, ale to nie stłumiło ich gorliwości. Traktowali to po prostu, jako prześladowanie.
Ponieważ nie chciano ich w Kościele, postanowili założyć własny. Na pierwsze spotkanie przyszło ponad osiemdziesiąt osób. Stłoczyli się w ciasnym domku. Atmosfera była elektryzująca. Zdecydowali przyjąć zorganizowaną formę, wynająć budynek i zatrudnić pastora.
Opowiadając o tym Janowi, po raz pierwszy dostrzegłem to w tak wyraźny sposób.
— I to powoli umarło — wymamrotałem, zaskoczony tym, z czego właśnie zdałem sobie sprawę. — Byli tak skoncentrowani na pracy, że szybko utracili radość, płynącą z miłości do Jezusa.
— Czy to nie jest dziwne, że stworzenie czegoś, co, jak myśleli, jest Kościołem było w stanie zrobić to, czego nawet prześladowanie nie mogło dokonać? Ojciec niczego nie pragnie bardziej jak tego, żebyś usiadł na Jego kolanach i nigdzie się nie ruszał z tego pełnego pokoju miejsca. Bożym planem, od dnia stworzenia aż do dnia powtórnego przyjścia, było wprowadzenie ludzi w relację miłości, jaką Ojciec, Syn i Duch dzielą ze sobą od zawsze. On nie chce niczego więcej! To nie jest zdystansowany Bóg, który wysłał swojego Syna z listą zasad do przestrzegania i rytuałów do wykonania. Misja Jezusa polegała na zaproszeniu nas do miłości i do przepełnionej przyjaźnią relacji ze swoim Ojcem. A my, co robimy? Bardzo szybko stajemy się niewolnikami, bazującej na poczuciu winy, konformizmie i manipulacji, kultury religijnej, która pochłania całą istotę miłości.
Starałem się za nim podążać, żeby nie zgubić wątku.
— W Efezie prowadziło to do wykrywania fałszywych nauczycieli. W Galacji zmuszało wszystkich do przestrzegania starotestamentowych rytuałów. Dziś skłania ludzi do współdziałania z kościelnymi programami. Nie ma znaczenia, co odwodzi ludzi od Bożego życia. To może być cokolwiek. Wszystko, co zajmuje uwagę na tyle, żeby zastąpić prawdziwe życie. Łatwiej zauważyć problem, jeśli takim substytutem jest obowiązek obrzezania w Efezie, niż kiedy jest to uczęszczanie do kościoła w każdą niedzielę. Jednak obydwie rzeczy mogą tak samo prowadzić do znudzenia i rozczarowania wśród wierzących, którzy już nie potrafią przyjmować życia Ojca.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nawet nie byłem pewien, czy się z nim zgadzam.
Jak można porównywać chodzenie do kościoła z obrzezaniem?
— Jake, pozwól, że zapytam. Ile jest paneli na suficie w twoim kościele?
Nawet nie musiałem się zastanawiać.
— Trzysta dwanaście całych paneli i dziewięćdziesiąt osiem połówek.
— Skąd wiesz?
— Liczę je, kiedy jestem znudzony.
— Pewnie często ci się to zdarza… Myślisz, że inni się nie nudzą? Spotkałem kiedyś człowieka, który sumował numery wyświetlanych pieśni, aby sprawdzić, czy dadzą one liczbę 666. Pomyśl tylko, czy ludzie, między którymi przepływa Boże życie, byliby w tym aż tak dobrzy? A może jest to raczej sygnał, że coś jest nie tak?
Cóż, może miał rację.
— O czym pomyślałeś, kiedy ostatniego poranka przyjechałeś do kościoła?
Zastanowiłem się przez chwilę.
— Przeglądałem notatki, zastanawiając się, jak zobrazować coś, o czym jeszcze
nie zdążyłem napisać.
— Tak, ale co powiedziałeś do siebie, zaraz po zaparkowaniu samochodu?
Musiałem to wyłowić z pamięci.
— Będę zadowolony, kiedy wszystko się skończy i wrócę do domu. — Zachichotałem na samo wspomnienie tej myśli — Skąd wiedziałeś?
— Nie wiedziałem, ale nie zaskoczyło mnie to. Czy wiesz ilu ludzi myśli w ten sam sposób, nawet ci, którzy jak ty są zatrudnieni przez Kościół? Rutyna zabija prawdziwe życie w każdym, nawet w najbardziej żarliwym chrześcijaninie.
— Czyli rozczarowanie Jima jest dobrą rzeczą? — zapytałem z niedowierzaniem.
— Tak jak twoje. Kiedy uświadomisz sobie, że rutyna, w którą popadłeś nie zwiększa w tobie pragnienia lepszego poznania Boga, mogą się wydarzyć niezwykłe rzeczy. Możesz znosić ten sam program tydzień po tygodniu, ale nadejdzie taki dzień, kiedy będziesz miał już tego dość. Czy jesteś już wystarczająco zmęczony uleganiem rok po roku tym samym pokusom, modlitwami, na które nie otrzymujesz odpowiedzi i brakiem postępu w wyraźniejszym słyszeniu Bożego głosu?